Senator Ferguson o Jałcie, czyli co Czang Kaj Szek miał wspólnego z Andersem

Chciałem napisać jakiś komentarz do tego artykułu, ale stwierdziłem że najlepszym komentarzem będzie spostrzeżenie Jarosława Kaczyńskiego wyrażone w rozmowie z Piotrem Semką w książce „Recydywa” – istnieje ukształtowany jeszcze w XIX wieku sposób myślenia amerykańskich i europejskich elit, według którego w Europie liczyć sie należy z Niemcami i Rosją, natomiast upodmiotowienie obszaru Europy Środkowej niepotrzebnie komplikuje sytuację poprzez fakt pojawienia sie kolejnego gracza, któremu trzeba coś dać.

Problem polega na tym, że nie zanosi się na zmianę tego sposobu myślenia.

Artykuł ukazał się w andersowskim tygodniku „Orzeł Biały” nr 19 (566) datowany na 9 maja 1953. Wyedytowany dla czytelności.

Tutaj w większej rozdzielczości.

sen-ferguson-o-jalcie

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

„Ostatni towarzysz” – wywiad Roberta Mazurka z Kazimierzem Mijalem

Ukazał się w „Nowym Państwie” w 2001 roku.

Kazimierz Mijal

– Nie ma Pan poczucia, że idea, którą wcielał Pan w życie, legła w gruzach?

– Mówi się, że komunizm przegrał, nie zdał egzaminu, że marksizm na półkach historii i inne takie głupstwa, teoretyczne bzdury! W rzeczywistości toczy się podskórna walka rewolucyjna, wybuch jest nieunikniony. Kapitalizm jest na drodze do upadku i to dla mnie nie ulega żadnej wątpliwości. I komunizm zwycięży.

– Co więc się stanie?

– I w Polsce, i w Europie przewrót jest nieunikniony. Teraz jest kolej na obalenie kapitalizmu i stopniowe przejście do rewolucyjnego socjalizmu i komunizmu. Moja książka „Główna przyczyna klęski rewolucyjnego socjalizmu” poszła i do Chin, i do Libii, i na Kubę, i do Moskwy. W Chinach rozpoczęli kampanię studiowania marksizmu i muszą sobie odpowiedzieć, czy Mijal ma rację, czy nie ma. Tę książkę trzeba by przetłumaczyć i wydać. Przecież ona byłaby światowym bestsellerem, bo w niej jest wszystko wyjaśnione! Z punktu widzenia teoretycznego, marksistowskiego – nie do obalenia.

– Może Marks jest już nieaktualny?

– W rankingu BBC zrobionym w Internecie Marksa wybrali na Myśliciela Tysiąclecia! Czy to znaczy, że głupcy w tym Internecie pracują?! Wybrano go, bo odkrył dwie rzeczy, które przyjęła cała nauka wszechświata: materialistyczny pogląd na świat i wartość dodatkową; uzasadnił, że nie ma kapitalizmu bez wyzyskiwanego proletariatu. Marks przewidział nawet globalizm, teraz to naukowcy odczytują!

Na bocznicy

 – Dla Pana wojna skończyła się w sierpniu 1944 roku, kiedy dotarł Pan z Warszawy do Lublina. Co robił Pan później?

– W styczniu 1945 roku Bierut skierował mnie do Łodzi. Trochę się zdziwiłem, ale mi wytłumaczył, że skoro Warszawa jest zniszczona, to Łódź staje się bardzo ważnym miastem. Tam przed wojną bardzo silną pozycję mieli PPS-owcy, a my chcieliśmy nim kierować i dlatego ja powinienem tam pojechać.

– Długo był Pan w Łodzi?

– Dwa lata, do 1947 roku.

– Pan, jeden z założycieli PPR, I sekretarz partii w Krakowie, sekretarz Krajowej Rady Narodowej, przyjaciel Findera, Bieruta, Jóźwiaka, trafia na dwa lata do Łodzi?! Przecież to było zesłanie!

– Hmm? Bo widzicie, ciągle trwał mój konflikt z „Wiesławem”. Naraziłem się Gomułce, krytykując go jeszcze w 1944 roku. On mnie nie cierpiał! Ledwie mi rękę podawał. Wiedziałem, że zostałem odsunięty na bok, to nie była żadna tajemnica. Później nie mogłem wrócić do Warszawy. Moczar mi wyjaśnił, że nie mają tam do mnie zaufania, bo jestem zbyt popularny w Łodzi!

– Podobno uratował Pan ulicę Piotrkowską?

– Były naciski, żeby przemianować główną ulicę w każdym mieście na ulicę Stalina. Główna ulica w Łodzi to Piotrkowska, ale jest też mniejsza uliczka, dochodząca do niej, która nazywa się Główna. To zdecydowałem, że jak każą „główną ulicę”, to przemianujemy Główną, a Piotrkowską zostawimy.

– Ale Katowic Pan nie uratował i w 1953 roku przemianowano je na Stalinogród.

– Nie byłem tym zachwycony, to było niepotrzebne.

– Ale dlaczego, według Moczara, był Pan popularny?

– Starałem się mieć dobre kontakty z każdym. Do mnie drzwi były otwarte i dla robotników, i dla profesorów. Z władzami uczelni dobrze żyłem. Kiedy były demonstracje uliczne, to poprosiłem rektorów, żeby wystosowali pismo; niech się wezmą za naukę, a nie demonstrowanie na ulicy. Widzą, co się dla nich robi, a oni tu takie rzeczy wyprawiają! I rektorzy napisali taki uspokajający list.

– Ze studentami miał Pan inne spotkanie.

– Osóbka jeździł po kraju jako premier na spotkania ze studentami i oni mu tam zadawali reakcyjne, kontrrewolucyjne pytania. Tam rozwalanie socjalizmu szło! I zadzwonił do mnie Bierut, i mówi, że na niedzielę jest zaplanowane takie spotkanie w Łodzi, ale on się nie może na to zgodzić, więc w ostatniej chwili zaplanują posiedzenie rządu i żebym ja zastąpił Osóbkę. To spotkanie było w operze. Mnóstwo studentów, pełna sala, na schodach siedzieli. I rzucają te reakcyjne pytania i żądają odpowiedzi. Ja im na to: „Spokojnie, na końcu odpowiem”. Tupali, gwizdali, krzyczeli!

– Byli niezadowoleni, że nie ma Osóbki, a Pan nie odpowiada na pytania?

– Tak jest! Na końcu podzieliłem im pytania na trzy grupy: pozytywne sprawy do załatwienia, do zbadania i trzecia kategoria – do odrzucenia, bo nic nie warte. No, nie mieli racji!

– Dlaczego te pytania były reakcyjne?

– No, proszę ja was, mikołajczykowskie były! Pytania o rząd londyński, o partię! Krytykowali przedstawicieli rządu, władz miejskich! Z dyrektora tramwajów zrobili nic niewartego człowieka, postawili mu zarzuty o jakieś mieszkania. Ja na to, że wierzę dyrektorowi, bo to bardzo porządny człowiek, ale sprawdzę. „I jeżeli on zawinił, to poniesie konsekwencje, ale jeżeli nie, to w stosunku do was wyciągnę konsekwencje!”. A na balkonie siedział Moczar i powiedział, że świetnie to załatwiłem.

– Jak to się skończyło?

– Następnego dnia przyszło do mnie w delegacji trzech studentów, przepraszając, że nie sprawdzili, i ten dyrektor tramwajów jest niewinny. „No widzicie – powiedziałem – nie wyciągnę wobec was konsekwencji, bo sami doszliście do wniosku, że wprowadzono was w błąd, ale to jest dla was nauczka. Napiszcie sprostowanie do Dziennika Łódzkiego, że wycofujecie te zarzuty”. I byli zadowoleni, że im tylko kazałem sprostowanie napisać.

– Ale ci studenci przestraszyli się Pana i Moczara!

– Nie, oni sami zrozumieli, że nie ma co Mijala krytykować, bo im pomagam.

– Nie można krytykować władz?

– Można, ale to było kłamliwe! Fałszerstwo!

Gomułka nie dorósł

 – Jak Pan wrócił do Warszawy?

– W styczniu 1947 roku byłem na przyjęciu u Władysława Kowalskiego w alei Szucha, gdzie mieszkali ludzie z kierownictwa partii. Roman Zambrowski powiedział mi, że Bierut chce, bym został szefem kancelarii prezydenta.

– Wtedy już słabła pozycja Gomułki.

– On, towarzyszu, bronił Tito! No i był przeciwnikiem kolektywizacji wsi. Nieszczęściem Gomułki było to, że nie znał teorii marksistowskiej. Mówił o „polskiej drodze do socjalizmu”, tylko co to była za droga: bez dyktatury proletariatu, bez rewolucji, bez kolektywizacji. Przecież to kompromitacja!

– Ale czy to powód do aresztowania?

– On nie dorósł do problemów, które napotkał. To był rzetelny, uczciwy człowiek, ale się nie nadawał.

– Niezbyt długo był Pan szefem kancelarii Bieruta.

– W 1950 doszło do awantury w ministerstwie administracji. Minister Wolski w rozmowach z ambasadorem radzieckim ostro oskarżał Bieruta, więc postanowiono usunąć go ze stanowiska i z partii. Mnie posłano tam, bym to zreorganizował na ministerstwa gospodarki komunalnej i spraw wewnętrznych. Ja stanąłem na czele ministerstwa gospodarki komunalnej, ale kiedy w 1952 roku Bierut został premierem, wziął mnie na szefa Urzędu Rady Ministrów.

– Spadły na Pana nowe obowiązki.

– Jako szef URM-u zasiadałem w komisji wspólnej rządu i Episkopatu. No i poprosił mnie Franciszek Mazur, i mówi, że ani on jako członek Biura Politycznego, ani Bida, który był kierownikiem Urzędu do spraw Wyznań, nie mogą być ostrzy w rozmowach z biskupami, dlatego poprosił mnie, żebym ja atakował.

– I atakował Pan?

– No, ostry byłem. Wcześniej musiałem się do posiedzeń przygotować. Ja do dzisiaj mam teczkę z materiałami na temat religii, przygotowanymi przez teologów, filozofów, historyków. Urząd im zapłacił za te prace. Sam sobie kupiłem i przeczytałem Pismo Święte, żebym wiedział, o czym rozmawiać.

– Z kim Pan rozmawiał?

– Kiedy kardynał Wyszyński był w odosobnieniu, przychodził przewodniczący Episkopatu biskup Klepacz, sekretarz Episkopatu biskup Choromański i biskup z Płocka, którego nazwiska nie pamiętam. Bardzo dobrze się z nimi rozmawiało, przy kawie, czasami lampce wina.

– Do kardynała Wyszyńskiego funkcjonariusze bezpieczeństwa mówili „proszę pana”. Jak Pan zwracał się do biskupów?

– Nie, z pełnym uszanowaniem, mówiłem „jego ekscelencjo”. Ja chciałem mieć z nimi dobre stosunki i miałem.

Zegarek od Bieruta

 – Wkrótce jednak rozstał się Pan z Bierutem.

– Po dwóch latach, w 1954 roku, Bierut zrzekł się premierostwa i zostawił sobie tylko I sekretarza KC. Zaprosił mnie do siebie i zaproponował, bym kierował kancelarią Biura Politycznego.

– Ale nie przeszedł Pan tam.

– Bo po tygodniu od tej rozmowy Bierut powiedział mi: „Postawiłem waszą kandydaturę na Biurze i byłem zaskoczony nienawiścią, z jaką się wobec was spotkałem”. To pytam, kto przeciwko mnie występował. „Berman, Minc, Zambrowski”. Bierut zrezygnował z mojej kandydatury, bo nie chciał zaostrzać sytuacji.

Po dziesięciu dniach przyszła do mnie jego żona Górska, z którą byłem na ty. I mówi, że „Tomaszowi” jest przykro, że tak się to skończyło, i przyniosła mi złoty zegarek z wyrytym na kopercie napisem: „Kazimierzowi Mijalowi – Bolesław Bierut”. Dałem go na pamiątkę synowi Pawłowi, jak obronił doktorat.

– Dlaczego Zambrowski, Berman, Minc wystąpili przeciwko Panu?

– Bo postawiłem sprawę odpowiedzialności. Przecież Minc odpowiadał za gospodarkę, a jeśli były błędy w polityce rolnej, w kolektywizacji, to za to odpowiadał Zambrowski. I nie poniósł żadnej odpowiedzialności!

– Jakie to były błędy?

– Choćby przymuszanie ludzi do kolektywizacji. Ja byłem za agitacją, nie za przymusem. Tłumaczyłem, że w każdym powiecie powinna być taka wzorowa spółdzielnia, żeby jej państwo pomagało. I wtedy by chłopi zakładali spółdzielnie.

– A Bermanowi czym się Pan naraził?

– Po śmierci Stalina pojawił się problem, kto u nas będzie odpowiedzialny za nadużycia organów bezpieczeństwa. Z Berią w dobrych stosunkach był Berman, więc zaczął się bronić, żeby i jego nie oskarżono, pociągnięto do odpowiedzialności.

– Tylko Berman ponosił odpowiedzialność, a Bierut nie?

– Bierut też ponosił odpowiedzialność. Tak samo każdy z nas, każdy poseł. Ale jeżeli w Biurze Politycznym był podział władzy i za sprawy bezpieczeństwa odpowiadał Berman, to i on odpowiadał za nadużycia. Stosunki między Bierutem a Bermanem zaczęły się psuć po ucieczce Światły, kiedy winą za wszystko, co się działo, próbowano obarczyć Bieruta. Celowali w tym przede wszystkim ci, którzy przyjechali z Moskwy. Kiedyś nie wytrzymałem i spytałem Kasmana: „Kto wam zabronił wystąpić z krytyką sytuacji w organach bezpieczeństwa?!”. A on mi na to, że ze mną nie można rozmawiać.

– Po przegranym starciu z przywódcami partyjnymi wrócił Pan do ministerstwa gospodarki komunalnej i zaczął krytykować samego Bieruta.

– Napisałem do niego memoriał, w którym skrytykowałem politykę gospodarczą, rolną. W sierpniu 1955 roku pojechałem do Wisły, do willi rządowej, tam wtedy wypoczywał też Jakub Berman. A ja napisałem tam list do Bieruta. Zrobiłem to otwarcie, pod nazwiskiem, nie w żadnej frakcji, i wręczyłem go 3 września 1955 roku.

– Wręczył go Pan Bierutowi osobiście?

– Nie, przez Górską.

– Napisał Pan w nim: „Zwracałem się pośrednio do was, na drugi dzień po IV Plenum KC, z prośbą o przyjęcie mnie”. Przyjął Pana wtedy?

– Nie, ale o tym nie będę rozmawiał.

– Jak zareagował Bierut na memoriał?

– Nie było rozmowy. Podziękował mi telefonicznie, powiedział, że wykorzysta ten materiał. Przejrzał mój memoriał i dał do przeczytania członkowi Biura Politycznego Zenonowi Nowakowi. A ja krytykowałem także Nowaka. Kiedyś spotkaliśmy się na imieninach u Kłosiewicza i Nowak mówi: „Ładnie byśmy wyglądali, gdybyśmy tak jak Czesi założyli wszędzie spółdzielnie produkcyjne! Dobrze, że się wycofaliśmy”. Ja go pytam: „Zenon, czy ja mam rozumieć, że jesteś przeciwko spółdzielczości produkcyjnej?!”. „No nie, co ty od razu zaczynasz o teoriach?” Widzicie, on był przeciwko kolektywizacji!

– Krytykował Pan Nowaka?! Przecież on był jednym z liderów „Natolina”.

– No widzicie, a teraz mówią, że my razem byliśmy w grupie natolińskiej!

Syjoniści i szwagier

 – Czy na Pański konflikt z Bermanem, Mincem i Zambrowskim nie wpłynęło ich żydowskie pochodzenie? W swoich artykułach wskazuje Pan na to.

– Zupełnie nie. Z Gomułką też się nie zgadzałem, chociaż był Polakiem.

– Ale nazywał go Pan „szwagrem”?

– Tak u nas mówiono, bo jego żona była Żydówką.

– Gdzie „u nas”?

– W partii tak mówiliśmy.

– I nie było w tym antysemityzmu?

– Mnie obce jest stanowisko antysemickie, bo ja patrzę na społeczeństwo klasowo, nie reakcyjnie. Ja jestem marksistą, a według marksizmu wszystkie narody są równe, także naród żydowski. Nie sprzeciwiałem się Żydom, tylko burżuazji żydowskiej, tak samo jak każdej innej burżuazji. Sam pisałem, że mniejszość narodowa powinna iść z postępem, a jeśli mniejszość żydowska, syjonistyczna, walczy o przywrócenie kapitalizmu, to ciągnie wstecz, czyli ja się z tym nie mogę zgodzić. Syjoniści w Polsce odegrali haniebną rolę, haniebną! Dlatego, że obalili socjalizm. I tego im historia nie zapomni.

Jak Stalin ścielił łóżko

 – Jak Pan przyjął śmierć Stalina?

– No cóż, moja gosposia płakała, ja nie.

– Jak Pan ocenia Stalina?

– Krytykowałem go, ale widzę też pozytywne strony jego działalności. Na przykład doceniam jego rolę w odbudowie Polski. Za jego rządów bardzo zacofana Rosja wyrosła na światowe mocarstwo.

– A miał jakieś wady, popełnił błędy?

– Mówili, że był despotą w stosunku do ludzi, na przykład do Bieruta. Ale to bzdury. Mnie sam Bierut opowiadał, że jak kiedyś pojechał do Moskwy, to Stalin zaprosił go do swojej willi. Bardzo długo rozmawiali, była późna noc i Stalin mówi: to będziecie tutaj spać. „Aż mnie krępowało, jak ścielił mi łóżko, przygotowywał kąpiel, patrzył, czy woda nie będzie za gorąca” – opowiadał Bierut.

– Ten troskliwy Stalin stworzył jednak zbrodniczy system.

– Słuchajcie, wy mi odpowiedzcie. Czy rewolucja francuska nie była zbrodnicza? Czy to nie był terror? Więc trzeba sobie odpowiedzieć, czy można zbudować socjalizm bez żadnej kropli krwi, całkowicie bez przemocy? To bzdura.

– To może nie warto go w ogóle budować?

– Terroru nie popieram, zawsze byłem za tym, żeby tam, gdzie można, ludzi przekonywać, agitować. Owszem, jak są przestępstwa, to trzeba użyć siły.

– A miliony ofiar komunizmu w Związku Radzieckim?

– To są wyolbrzymione liczby. Zresztą pamiętajmy, że z 17 milionów chłopstwa 3 miliony to byli kułacy!

– Których trzeba było wymordować?

– Nie, trzeba było ich wywłaszczyć, no, ale jak się nie zgadzali? Ojciec Gorbaczowa był kułakiem, a jego syn dwa fakultety skończył i obalił socjalizm. Widzicie, czym skorupka nasiąknie za młodu, tym na starość trąci.

– Pan za młodu nie nasiąknął komunizmem.

– A teraz jestem komunistą i nie żałuję.

– Pańscy synowie są komunistami?

– Nie, nie należeli do partii. Różne mają poglądy, czasami się z tego śmieję.

– Jak Pan przyjął śmierć Bieruta?

– Byłem przeciwny jego wyjazdowi do Moskwy na XX Zjazd. Do mnie, do ministerstwa gospodarki Komunalnej, przyszła Górska i mówi: „Przyszłam do ciebie prywatnie, bo „Tomasz” jest chory i pyta o twoje zdrowie”. Postanowiłem go odwiedzić. Na to Górska, żebym pojechał od razu z nią na Klonową, gdzie mieszkali. Bierut leżał w łóżku, zbolały, chory. Pytał, jak mi się pracuje, co słychać. Nie wracał do tamtych wydarzeń. No i rozmawialiśmy, że jedzie do Moskwy. Ja mu na to, że skoro się źle czuje, to nie powinien. Bierut mi powiedział, że to będzie ważne wydarzenie, on się musi przyjrzeć, bo „na najbliższym zjeździe my też rozprawimy się z frakcją rewizjonistyczną”.

– Pierwszy raz coś takiego powiedział?

– Nie, pierwszy raz usłyszałem to od niego po ucieczce Światły, kiedy na posiedzeniu aktywu partyjnego skrytykowałem Światłę i tych, którzy mu pomagali: Kasmana, Werfla. Bierut po naradzie powiedział, że jeszcze nie czas, trzeba zachować spokój, ale na najbliższym zjeździe rozprawimy się z rewizjonistami.

– Bierut jednak pojechał do Moskwy na XX Zjazd KPZR.

– I to był błąd. Dla mnie jego śmierć jest tajemnicą. Syn Bieruta, Jan Chyliński, pisze, że podawali mu lekarstwo, które mu szkodziło. A ja pytam, po co on w ogóle musiał leczyć się w Moskwie? Leczył go tam profesor Fejgin, a przecież mógł to robić w Warszawie.

– Wiedział Pan o torturach, morderstwach, o tym, jak się w Polsce traktuje więźniów politycznych?

– Nie wiedziałem! Ja później krytykowałem Jóźwiaka, że przecież był członkiem Biura, przewodniczącym NIK i mógł o każdej porze dnia i nocy skontrolować to, co się dzieje w aresztach. A on mi mówi: „Cholerka, wierzyłem, że jest wszystko w porządku”.

– Trudno w to uwierzyć. Pan też był taki naiwny?

– Ja nie miałem z bezpieczeństwem żadnych kontaktów. Skąd mogłem wiedzieć?

– Wszystkie wróble o tym ćwierkały!

– Ja pilnowałem swojego zakresu pracy. Gdybym wiedział, to postawiłbym tę sprawę, przecież stawiałem sprawy trudne i za to mnie wyrzucali.

– Tajny referat Chruszczowa z XX Zjazdu był dla Pana szokiem?

– No, jednak był. Mnie przyniósł go Alster. Byłem niezadowolony, ale jeszcze wierzyłem, że się w Związku Radzieckim socjalizm utrzyma, była przecież opozycja Mołotowa.

– Z czego był Pan niezadowolony?

– Z referatu, z takiego postawienia sprawy. Bo można było ujawniać, wyciągnąć konsekwencje, ale takie stawianie sprawy prowadziło do rozwalenia socjalizmu. Chruszczow do tego dążył! Główną przyczyną upadku socjalizmu była degeneracja partii, która zaczęła się w Moskwie od KPZR. Stalin jeszcze przed wojną przestał robić czystki, mówił, że to niepotrzebne! I dlatego stracił kontrolę nad partią.

– Całe zło wzięło się z zaniechania czystek?

– Doszło do tego, że w partii robotniczej robotnicy stawali się niczym! A partia musi mieć charakter proletariacki, musi być rewolucyjna.

Jan Kos atakuje

 – Dlaczego w czerwcu 1956 roku w Poznaniu władza wysłała przeciwko robotnikom czołgi?

– Nie przeciwko robotnikom, tylko przeciw organizatorom.

– Kilkadziesiąt osób zginęło!

– To była walka klasowa. Taka sama, jak w czasie rewolucji francuskiej. Jeżeli burżuazja, obalając feudalizm, ścięła na gilotynie kilkadziesiąt tysięcy głów swoich przeciwników, to podobne rzeczy musiały się zdarzyć przy budowie socjalizmu.

– A jak Pan przyjął Październik?

– To był wielki zwrot w prawo od socjalizmu i dlatego byłem mu przeciwny. W 1956 roku na VIII Plenum KC jeszcze przed Gomułką oskarżyłem Zambrowskiego i Alstera o działalność frakcyjną. Oczywiście, wybuchła awantura, chciano mnie wyrzucić z partii.

– Kto Pana poparł?

– Ze mną zgadzali się ludzie zwani grupą natolińską. Już mówiłem, że nie było żadnej grupy natolińskiej, to byli ludzie, którym zależało na utrzymaniu socjalizmu. Do pałacu w Natolinie mógł wejść każdy z członków władz.

– Dojście do władzy Gomułki zakończyło Pańską karierę rządową.

– Na początku 1957 roku zadzwonił do mnie Cyrankiewicz i mówi, że „jest decyzja, że jesteś odwołany ze stanowiska ministra”. Zaproponował mi stanowisko dyrektora Banku Inwestycyjnego.

– W maju 1957 roku powiedział Pan, że polityka Gomułki prowadzi do?

– przywrócenia kapitalizmu. I proszę, czterdzieści lat minęło i mamy kapitalizm! Już po dymisji z rządu, na plenum KC wystąpiłem z krytyką sytuacji popaździernikowej i domagałem się jak najszybszego zwołania nadzwyczajnego zjazdu partii. Kiedy Gomułka podsumowywał plenum, to w dwugodzinnym przemówieniu przez półtorej godziny znęcał się nade mną. Nie zostawił na mnie suchej nitki.

– Mówi coś Panu nazwisko Jan Kos?

– Nie znam.

– Również w maju i czerwcu 1957 roku krążył po kraju list do „towarzyszy komunistów”, podpisany: Jan Kos. Autor zarzucał Gomułce rewizjonizm. Mówiono, że Pan jest autorem tego listu.

– Nie, to nie ja. Nie miałem pojęcia i do tej pory nie wiem, co to za człowiek ten Jan Kos.

– Stracił Pan potem miejsce w KC.

– Mogłem zachować, bo w 1959 roku, przed III Zjazdem, przychodzi do mnie do domu mój znajomy jeszcze z okupacji, I sekretarz województwa warszawskiego Marian Jaworski, i mówi: „Słuchaj, jest taka sprawa. Jeśli złożysz małą samokrytykę, to zostaniesz nadal członkiem KC, wybierzemy cię znowu”. I wyjaśnia, że chodzi o trzy sprawy: niesłuszny stosunek do Związku Radzieckiego, polityki rolnej i odpowiedzialności za działania organów bezpieczeństwa. „Nie chodzi, żebyś pisał dużo, wystarczy parę słów”. Okazało się, że przysłał go Zenon Kliszko. A ja mu na to, że nadal uważam, że moje stanowisko w tych sprawach było słuszne.

– Został Pan w ogóle delegatem na III Zjazd?

– Nie dopuścili mnie!

– Wtedy, w kuluarach III Zjazdu, w marcu 1959 roku, pojawiła się ulotka, która oskarżała Gomułkę o popieranie Żydów.

– Nie mam z nią nic wspólnego, nawet nie wiedziałem, że taka ulotka była.

– Ale wszyscy mówili, że to Pan i Łapot jesteście jej autorami.

– Ani ja, ani Łapot niczego takiego nie napisaliśmy. Nie wiem, kto to puścił. A zresztą, my z Łapotem nie znaliśmy się aż tak dobrze, czasem rozmawialiśmy.

– Przeciwko Gomułce miało świadczyć żydowskie pochodzenie żony. Sam Pan mówił, że nazywaliście go „szwagrem”.

– No ale powtarzam, że z tą ulotką nie miałem nic wspólnego, absolutnie. Ja wtedy nie produkowałem żadnych ulotek.

Radio Tirana nadaje

 – Jak wyglądała Pana praca w banku?

– Doszło do mojego sporu z władzami, bo poleciłem sprawdzić największe inwestycje z planu pięcioletniego 1961-65. Napisałem, że plan inwestycyjny jest nierealny, bo dwadzieścia procent z tych inwestycji nie ma pokrycia finansowego. Oczywiście, zrobiła się wielka awantura, sprawę skierowali do Gomułki, ale on to zbagatelizował. Podobnie było w sprawie kontynuowania budowy Nowej Huty, gdzie wstrzymałem finansowanie inwestycji, bo była nieprzygotowana.

– Jednocześnie nie zaprzestał Pan działalności politycznej. Tym razem już poza PZPR.

– W 1963 roku napisałem broszurę „W walce zwycięstwo. Bierność i milczenie to zguba”, która ukazała się anonimowo. Zrobiła się awantura, wezwali mnie do centralnej komisji kontroli partyjnej. Pytali o broszurę, ale się wyparłem.

– Jak ją wydaliście?

– W Albanii wydrukowali 10 tysięcy egzemplarzy i stamtąd przysłali przez ambasadę. Na początku kontakt z Albańczykami miał pracownik Banku Inwestycyjnego Śnieciński, dopiero potem nawiązali kontakty ze mną.

– Albańczycy byli wtedy bardzo zainteresowani Polską, założyli polską sekcję Radia Tirana.

– Wykorzystywali tam czasem moje materiały. Kiedy już tam mieszkałem, to raz dałem im wywiad, ale nie miałem z nimi nic wspólnego.

– Jak doręczył Pan Albańczykom maszynopis broszury?

– Dostarczył im Śnieciński.

– Twierdzi nawet, że sam to napisał.

– To blagier, karierowicz.

– Po opublikowaniu broszury musiał Pan odejść z banku.

– Minister finansów powiedział mi o decyzji Cyrankiewicza, że w ciągu dwóch godzin mam opuścić bank. Zdążyłem pożegnać się tylko z dyrektorami.

– Co Pan robił po zwolnieniu?

– Przez pół roku byłem bezrobotny. Pensję przysyłali mi do domu, a mieszkałem wtedy przy Nowym Świecie 25. Wchodziło się od podwórka, a na tym podwórku przez pół roku stał samochód i kilka osób zawsze siedziało w tym samochodzie. Kiedy ktoś ode mnie wychodził, to tego człowieka legitymowano; chodzili też za mną.

Po pół roku zadzwoniono do mnie z ministerstwa przemysłu, że mam zostać dyrektorem ekonomicznym w zjednoczeniu przemysłu budowy maszyn ciężkich. To było moje ostatnie miejsce pracy przed wyjazdem.

– Śledzono Pana z powodu działalności politycznej. Źródła podają, że Komunistyczną Partię Polski założył Pan w Albanii.

– To nieprawda, ona powstała 4 grudnia, w Barbórkę, 1965 roku w Warszawie. Zwracali się do mnie ludzie, którzy zgadzali się z moimi poglądami. Wiedzieliśmy, że rządy Gomułki prowadzą do kapitalizmu i doszliśmy do wniosku, że musimy się zorganizować. Wśród założycieli były nie byle jakie nazwiska. Partię zakładało czterech byłych członków KC: Władysław Dworakowski, Hilary Chełchowski, Stanisław Brodziński i ja. Dwóch pierwszych było wcześniej nawet członkami Biura Politycznego.

– Czemu uciekł Pan do Albanii?

– Towarzysze z KC mówili, że jeśli zostanę dłużej w Warszawie, to czeka mnie aresztowanie, zwłaszcza jeśli ukaże się ulotka o powołaniu partii, bo ona ukazała się już po moim wyjeździe. Spytałem, dlaczego mam jechać sam, może pojedziemy z Dworakowskim. Ale mi odpowiedział, że on był kierownikiem ministerstwa bezpieczeństwa i go nie wypuszczą, że łatwiej będzie mi samemu.

– Podobno uciekał Pan w kobiecym przebraniu?

– Nic podobnego. Albańczycy dali mi paszport dyplomatyczny i 13 lutego 1966 roku wyjechałem z Dworca Głównego do Berlina. Na dworzec odprowadził mnie Czesław Blicharski, ten, w którego mieszkaniu odbyło się posiedzenie KRN. Straszny śnieg padał, mroźno było, więc miałem skórzany płaszcz z podpinką, futrzaną czapę i tylko małą teczuszkę, bez walizki, bez bagaży, żeby nie wzbudzać podejrzeń.

Na granicy polsko-niemieckiej okazało się, że Albańczycy popełnili błąd i nie dali mi druczku, który potrzebny był do opuszczenia kraju. Tłumaczyłem na granicy po rosyjsku, że żadnego druczku nie miałem, więc mnie puścili. Z Berlina Wschodniego ambasador przewiózł mnie do Berlina Zachodniego i stamtąd samolotem poleciałem do Paryża. Tam było ciepło, wyglądałem jak spod bieguna, więc kupili mi płaszcz, który do dzisiaj mam. Po dwóch dniach poleciałem do Rzymu i stamtąd promem z Bari do Durres. I już.

Albania Marksem stoi

 – Nie tęsknił Pan?

– Owszem, tęskniłem, ale na to nie ma rady.

– Kiedy się Pan zobaczył z rodziną?

– Dopiero po powrocie, po osiemnastu latach, w 1983 roku. Przez cały ten czas utrzymywaliśmy kontakt. Pisywałem listy, choć nigdy do domu. Cały czas kontaktowałem się też z towarzyszami z KPP. Byłem również redaktorem Czerwonego Sztandaru, który docierał do Polski, tam go powielali. Bezpieczeństwo pilnowało Albańczyków i Chińczyków, więc z moimi materiałami przyjeżdżali do Polski towarzysze z Austrii, Niemiec, Francji, krajów skandynawskich.

– Czym Pan się zajmował?

– Dużo czytałem. Spotykałem się z przedstawicielami wszystkich partii komunistycznych, którzy odwiedzali Albanię. Zastępca Mao, Kan Szen, jeszcze pod koniec 1966 roku zaprosił mnie na miesiąc do Chin.

– Gdzie Pan mieszkał w Albanii?

– Miałem willę w Tiranie, sam tam mieszkałem. Rano przychodził kucharz. W ogrodzie był domek dla pracownika bezpieczeństwa, a po ogrodzie chodził jeszcze jeden żołnierz. Dopiero jak się poróżniliśmy i postanowiłem pojechać do Chin, wzmocnili posterunki na ulicy i w podwórku, a poza tym odcięli mi telefon. Wcześniej jednak wszystko było w porządku. Wychodziłem na spacery, jeździłem po całej Albanii. Ciepło, dobry klimat.

– Z czego Pan tam żył?

– Pieniędzy nie dostawałem, ale za wszystko płacił albański pracownik partyjny. Nigdy nie wychodziłem bez oficera ochrony.

– Spotykał się Pan z Enverem Hodżą?

– Wiele razy. Jak tylko przyjechałem, odwiedził mnie razem z drugim sekretarzem, Ramizem Alią. Hodża bardzo wiele zrobił dla Albanii. Po wojnie odbudował ten zacofany kraj, rozwijał rolnictwo, zakładał winnice, budował drogi, koleje…

– …i milion schronów.

– No tak, to śmiesznie wyglądało. Ale trzeba mu oddać, że za jego rządów kraj się całkowicie zmienił na lepsze. Rozmawialiśmy, on pytał mnie o opinię. Na przykład o likwidację ministerstwa finansów, bo chcieli, żeby bank wszystko załatwiał. Powiedziałem, że to niesłuszne i zrezygnowali z tego pomysłu. Oni też trochę nie w porządku postępowali z religią. Ja stoję na stanowisku marksistowskim, że bzdurą i niedorzecznością jest walczyć z jakąkolwiek religią – chodzi tylko o odsunięcie kościołów od polityki, od państwa.

– W końcu jednak poróżnił się Pan z Albańczykami. Oskarżyli Pana o rewizjonizm?

– …gorzej, o antymarksizm!

– Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Pan, który dotychczas walczył z rewizjonistami, trafił na twardszych od siebie i dla nich Pan był rewizjonistą.

– Dobrze, ale jak widzę, że oni mówili jakieś niedorzeczne, bzdurne teorie, to nie mogłem milczeć. Ja się ani trochę nie czułem rewizjonistą, broniłem marksizmu.

– Do czego doprowadziły te spory?

– Wiedziałem, że do kraju nie mogę wracać, ale w Albanii też nie mogę zostać. Złożyłem wniosek o azyl w chińskiej ambasadzie. Zgodzili się.

– Albańczycy o tym wszystkim wiedzieli?

– Nie. Miałem ogromne, ogromne kłopoty z wyjazdem, bo Albańczycy przez miesiąc odkładali zgodę na mój wyjazd. Nawet sam przelot miałem z przygodami, ale w końcu szczęśliwie, przez Bukareszt, wylądowałem 1 lipca 1978 roku w Pekinie.

Przyjaciel Chin

 – Już Pan wspominał, że nie była to Pańska pierwsza wizyta w Chinach.

– Tak, jeszcze podczas mojego pierwszego pobytu w 1966 roku przyjął mnie Mao. Był dla mnie bardzo miły, rozmowę zaczął od filozofii, od Arystotelesa, powoływał się na filozofów niemieckich. Potem przeszedł na sprawy polityczne. Bardzo przyjazne kontakty miałem z Zhou Enlaiem – zawsze podczas moich wizyt zapraszał mnie na kolację.

– Nie miał Pan kłopotów z przyzwyczajeniem się do Chin?

– Nie, mieszkałem w dzielnicy willowej Pekinu, jadałem, podobnie jak w Albanii, to samo, co ludzie tam żyjący. Byli bardzo gościnni, proponowali dania europejskie, ale nie chciałem. Kiedyś, kiedy już mieszkałem w Pekinie, przewieźli mnie specjalnie do Kantonu na spotkanie z profesorem Brusem, który chciał się ze mną spotkać.

Zresztą trochę mnie to zdziwiło, bo owszem, znaliśmy się, ale nie przyjaźniliśmy. Wiedziałem, że jego żoną jest Helena Wolińska, którą znałem jako żonę Jóźwiaka jeszcze z okupacji. To była dzielna kobieta, energiczna, bardzo cenna osoba. Przyjaźniła się z moją żoną, spotykaliśmy się.

– Słyszał Pan o oskarżeniach pod adresem Wolińskiej?

– O wszystko można ludzi oskarżać, każdemu można łatkę przypiąć? To zawracanie głowy. Ja do tej pory mam o niej jak najlepsze zdanie. Bardzo dobrze pracowała i w czasie okupacji, i po wojnie.

– Wróćmy do chińskiego spotkania z Brusem.

– Myślałem, że przyjechali razem: Brus z żoną, i dlatego się chcieli spotkać. Spotkaliśmy się w Kantonie z samym Brusem, w luksusowym pałacu. Pytał mnie o Chiny, przekazałem przez niego Wolińskiej pudełko świetnej herbaty.

Po dwóch tygodniach na kolację prosił mnie Hua Kuofeng, następca Mao. Bardzo miły był, częstował winem, wódką. I on mówi, że był u nich Brus, który im powiedział, że Mijal lepiej broni Chin niż Chińczycy. Ich sympatia do mnie jeszcze wzrosła.

– Z Chińczykami też zaczęły się psuć stosunki?

– Nie było żadnego konfliktu. Wręcz przeciwnie, doceniali mnie, poprosili o przygotowanie trzydniowej narady na temat polityki inwestycyjnej, bo przecież pracowałem w banku.

– Co Pan myślał o „Solidarności”?

– Jak najgorzej, że to rozkład socjalizmu, zdrada, oszukiwanie robotników przez burżuazję. Socjalizm w Polsce obaliła „bermanowszczyzna” z „Solidarności” i z aparatu władzy: Kiszczak, Jaruzelski, Kwaśniewski.

– Jak Pan zareagował na stan wojenny?

– Myślałem, że oni będą bronić socjalizmu, a oni tylko chcieli uspokoić nastroje, i kiedy do władzy przyszedł Gorbaczow, to już otwarcie zabrali się za jego niszczenie.

– To czemu Pan wrócił do Polski?

– Co prawda utrzymywałem kontakty z Polską przez europejskie partie komunistyczne, ale czułem się odizolowany od kraju, a działy się wielkie rzeczy. Dlatego w 1983 roku wyjechałem do Paryża i nielegalnie wróciłem do Polski. Pomogli mi komuniści europejscy i ja ich nie zdradzę. Nie powiedziałem w bezpieczeństwie i nie powiem teraz.


-Kiedy Pan przyjechał do Warszawy?

– W połowie 1983 roku. Zamieszkałem u znajomych towarzyszy. Aresztowano mnie 16 listopada 1984 roku, po prawie półtora roku od powrotu do kraju. Wtedy też zatrzymali żonę i synów, mnie trzymali trzy miesiące. Wypytywali, co robiłem na emigracji. Miał ze mną rozmawiać Kiszczak, ale doszli do wniosku, że ze mną nie ma o czym gadać.

– Pojawiła się plotka, że będą chcieli Pana wrobić w zamordowanie księdza Popiełuszki.

– Dopytywał mnie o to dyrektor departamentu śledczego w MSW, ale szybko się zorientowali, że się nie uda zmontować takiej prowokacji.

Bagno sprzedajnego lumpenproletariatu

 – Kiedy rozwiązała się KPP?

– Zakończyliśmy działalność 25 czerwca 1997 roku, bo tak oczerniono komunizm, że nie było sensu kontynuować, a jeszcze weszła ta konstytucja z zakazem partii komunistycznych. Nawet robotnicy uwierzyli w te obelgi. Powiedziałem towarzyszom, żebyśmy sobie nie zawracali głowy nazwami i trzeba postawić na partię czysto robotniczą – Polską Partię Klasy Robotniczej.

– A Związek Komunistów ‘Proletariat’?

– To zawracanie głowy! To przybudówka, frakcja SLD. Powołał ich przyjaciel Rakowskiego. Proponowałem im zmianę nazwy i wspólne budowanie partii klasy robotniczej, ale to nie są żadni komuniści! Bo tak to już jest, że jak się ktoś odrywa od proletariatu, to znajduje się w bagnie sprzedajnego lumpenproletariatu. Tacy są i Miller, i Manicki, i Krzaklewski.

– A Wałęsa? Przecież był robotnikiem.

– To lump! Oni wszyscy to wrogowie postępu!

– To kto jest w Polsce przyjacielem postępu?

– Ci, którzy walczą o obalenie kapitalizmu. Ja na przykład. Problem polega na tym, że robotnicy bez organizacji są niczym – to słowa Marksa. I robotnicy powinni się zorganizować. Ale ja mam już 91 lat i nikt nie może ode mnie wymagać, bym poszedł i za nich to zrobił. Bo ja ledwie łażę, o lasce tylko.

Rozmawiał Robert Mazurek

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 1 komentarz

Von Thronstahl – Brechen muss der schwarze Bann

Schwarzes Eis ward uns gefroren
die See ruht tief und wund
und dem Wort das ungeboren
schließet sich der kalte Mund

Wage nicht sie zu berühren
ihren Saum von Schnee so weiß
unter ihrem Seelenspiegel
meiner Königin im Eis

Lag das Land in schwarzer Asche
hat die Unschuld uns erkorn
stürzten Krieger in die Gräben
wächset weißes Mutterkorn

Düngen Fleisch und Blut die Erde
dargebracht der neuen Saat
drängend aus dem Untergrunde
gründen wir geheimen Staat

Zwischen zweier Welten reißen
neiget sich mein Herz zu Grund
weißes Gold das uns verheißen
scheine uns in finstrer Stund

Zwinget uns ein dunkler Zauber
heimlich unters Hexagramm
wird der Aar sich doch befreien
brechen muss der schwarze Bann

Wag nicht ihren Schlaf zu stören
greife nicht nach ihrem Weiß
brechen muss der schwarze Zauber
schmelzen wird das kalte Eis

Jak widać, nawet współcześnie po niemiecku da się napisać coś, co można nazwać poezją.

I jeszcze jedno: w niektórych wersjach zamiast „Hexagramm” jest „Hakenkreuz”.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | 7 komentarzy

Prof. Jacek Bartyzel: „Oikofobia”

[…] „Antyksenofobiczna” o. jest nie tylko groźna dla osobowości i szkodliwa społecznie, ale w pełni zasługuje też na miano antyintelektualnego zabobonu, ponieważ ignoruje i pozostaje w całkowitej sprzeczności z dorobkiem współczesnej socjobiologii i etologii, jak również bazującej na nich bio-polityki, których reprezentanci (m.in. Edward A. Westermarck, Morley Roberts, Sir Arthur Keith, Robert Ardrey, Edward O. Wilson, Roger G. Masters, Steven A. Peterson, Albert Somit, Frans de Waal) zdołali ustalić, że człowiek posiada (oraz dąży do ich zaspokojenia) trzy instynktowne potrzeby psychologiczne: 1o tożsamości, 2o stymulacji, 3o bezpieczeństwa, których przeciwieństwami są odpowiednio: 1o anonimowość, 2o nuda, 3o strach; ze wszystkich tych potrzeb najważniejsza jest potrzeba tożsamości, albowiem bez tożsamości nie istnieje osobowość, toteż dla jej realizacji człowiek gotów jest poświęcić wszystkie inne; na tożsamość człowieka składają się natomiast w pierwszym rzędzie dwa elementy: identyfikacja z terytorium – krajem, będącym dla „zwierzęcia politycznego” (dzóon politicón) jego „rewirem łowieckim” – oraz identyfikacja z populacją, do której należy (rodziną, klanem, plemieniem, a na najwyższym poziomie rozwoju – narodem); pierwszą z nich Ardrey określił jako i m p e r a t y w t e r y t o r i a l n y, co do drugiej zaś, to nawet twórca teorii ewolucji – Karol Darwin zrewidował swój pierwotnie indywidualistyczny pogląd na człowieka, wyrażony 1859 w Pochodzeniu gatunków, i w wydanej 1872 pracy O pochodzeniu człowieka stwierdził, że: „Plemię, którego członków cechuje w wysokim stopniu rozwinięty duch patriotyzmu, wierności, posłuszeństwa, odwagi i sympatii i stała gotowość do wzajemnej pomocy i poświęcenia dla wspólnego dobra, jest w stanie pokonać większość innych plemion – i to jest właśnie dobór naturalny”.

Przynajmniej na poziomie emocjonalnym istota ludzka może się identyfikować wyłącznie z tym, co znane i swojskie, tożsamość tedy nieuchronnie ma charakter rozróżniający i wartościujący, więc także „dyskryminujący” tych, którzy są obcy i nieznani; pogromcy „ksenofobii” nie rozumieją zatem (albo udają, że nie rozumieją), iż „tożsamość nie-dyskryminująca, nie rozróżniająca i nie wartościująca, czyli tożsamość globalna jest sprzecznością samą w sobie” (J. Zadencki, Tożsamość partykularna, tożsamość globalna, bio-polityka, „Arcana” 2002, nr 48, 93); brakiem realizmu antropologicznego jest również związany z ideałem „niedyskryminującej” tożsamości globalnej nakaz bezgranicznego altruizmu, gdyż osobnicy i grupy usiłujący go praktykować muszą zostać pokonane, a nawet wyeliminowane przez tych, którzy „ograniczają swe altruistyczne zachowania do mniejszej części ludzkości, związanej z nimi genetycznym pokrewieństwem” (G. Hardin, Rozróżniający altruizm, 1892, cyt. za: tamże, 94). Właściwy każdemu gatunkowi zwierzęcemu podwójny kod moralny, umożliwiający mu przetrwanie, nazywany przez H. Spencera „kodem przyjaźni” i „kodem wrogości”, a przez J. Huxley`a „kodem etycznym” i „kodem kosmicznym”, Ardrey ujął w proste równanie P = W + r, gdzie „P to przyjaźń wewnątrz grupy, W to wrogość ze strony innych grup należących do tego samego gatunku, r to ryzyko, czyli zagrożenie pochodzące spoza własnego gatunku, tak naturalne jak i ponadnaturalne” (cyt. za: tamże, 95), natomiast jego formułą polityczną, zdefiniowaną przez Carla Schmitta jest rozróżnienie: „przyjaciel” (Freund) – „wróg” (Feind). Tożsamość uniwersalna gatunku ludzkiego jest wprawdzie możliwa, ale wyłącznie za cenę powszechnej tyranii, ustanawiającej kontrolę tak kompletną i o takim stopniu skrupulatności, że wobec niej zblednąć musiałyby wszystkie doświadczone już przez ludzkość totalitaryzmy: „Efektywna organizacja społeczna osiągana jest u naczelnych albo poprzez terytorium – rewir albo poprzez tyranię. Nauka nie zna jakiegoś innego sposobu” (R. Ardrey, cyt. za: tamże, 94). Te konsekwencje dążenia do wyrugowania imperatywów: terytorialnego i grupowego stoją w całkowitej sprzeczności nie tylko – co mniej ważne – z intencjonalnym humanitaryzmem wrogów „tożsamości partykularnych”, ale przede wszystkim z samą, „trzymającą nas na smyczy” (wg obrazowego określenia E.O. Wilsona), naturą ludzką; skoro „przez trzy miliardy lat siłą napędową ewolucji było dyskryminujące rozróżnianie”, to „tragiczną ironią jest fakt, że to właśnie dyskryminujące rozróżnianie wyprodukowało gatunek (homo sapiens), który teraz proponuje zniszczenie zasady, która doprowadziła go do świetności” (G. Hardin, cyt. za: tamże, 95). […]

http://haggard.w.interia.pl/ojkofobia.html

Nic dodać, nic ująć.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , | 5 komentarzy

Ojcowie Unii Europejskiej, czyli Joseph Goebbels: „Nadchodząca Europa”

O tym, że również hitlerowcy marzyli o zjednoczonej Europie rzadko się dziś wspomina. Zbyt rzadko. Pewne światło na temat przyczyn tak zagadkowego milczenia w tak istotnej przecież kwestii może rzucić sięgnięcie po źródła – co czynić warto zawsze i w każdej sprawie. Nic bowiem nie uczy tak, jak historia, i nic nie działa tak otrzeźwiająco, jak, na przykład, przekonanie się na własne oczy, że język i argumentacja używane przez nazistów zbytnio nie odbiegają od tego, co serwują nam dzisiejsi, za przeproszeniem, „euroentuzjaści”.

Od wojowniczych euroentuzjastów noszących opaski ze swastykami dzisiejsi demoliberalni stręczyciele Unii Europejskiej różnią się bowiem jedynie co do środków, ale nie co do celów, które pozostały niezmienne. Narodowi socjaliści zresztą sami przejęli umiłowanie integracji od swoich poprzedników, dla odmiany odzianych w gustowne szyszaki. Profesor Maciej Giertych przybliża historię niemieckich pomysłów na wspólną Europę w broszurze pt. „Quo vadis Europa?„, z którą warto się zapoznać, aby przekonać się o ciągłości i nieubłaganej konsekwencji niemieckiej polityki w tym względzie aż do czasów współczesnych, pomimo, wydawałoby się, druzgocących klęsk, jakie przytrafiły się po drodze.

By ukazać to uderzające podobieństwo pozwoliłem sobie przełożyć, podkreślając co ciekawsze fragmenty, niezwykle interesujące przemówienie tow. Józefa Goebbelsa do czeskich intelektualistów i twórców kultury, wygłoszone 11 września 1940 roku. Zawarte w nim powtórzenia i kolokwializmy świadczą o tym, że autor szczególnie się do niego nie przygotowywał. Zapewne był świadom swojej siły przekonywania, i że w tym konkretnym wypadku nie leży ona w słowach.

Po 70 latach, bez wielkiego wysiłku możemy wyobrazić sobie, na przykład, kanclerzynę Merkel przemawiającą w podobnym tonie do naszych propagandzistów. Podobnej, odwołującej się do technicznego postępu, argumentacji, wymieszanej z zapewnieniami o poszanowaniu narodowej czci i kuszeniem gospodarczą atrakcyjnością, nie musimy sobie nawet wyobrażać – słyszymy ją na codzień.

Za: Joseph Goebbels, „Die Zeit ohne Beispiel. Reden und Aufsätze aus den Jahren 1939/40/41”. Zentralverlag der NSDAP, Franz Eher Nachfolger, München 1941. (wersja elektroniczna)

Dr Józef Goebbels – Nadchodząca Europa. Przemówienie do czeskich twórców kultury i dziennikarzy
11 września 1940

Cieszę się, że mogę omówić przed Państwem szereg zagadnień, które wedle mojej oceny muszą raz zostać poruszone z całą otwartością dla wyjaśnienia stosunku Rzeszy do Protektoratu. Uważam to za konieczne, mimo trwających nadal działań wojennych. Istnieje bowiem obawa, że po zakończeniu wojny te zagadnienia nie będą mogły być omówione tak konkretnie, jak obecnie.

Jako intelektualiści zapewne jesteście świadomi, że na naszych oczach rozgrywa się największy dramat, jaki znała historia Europy. Jestem mocno przekonany – jakże mogłoby być inaczej! – że ten dramat rozstrzygnie się na naszą korzyść. W chwili, w której potęga Anglii padnie na ziemię, będzie nam dana możliwość zorganizować na nowo Europę, według zasad odpowiadających społecznym, gospodarczym i technicznym możliwościom XX stulecia. Nasza Niemiecka Rzesza przeszła podobny proces przed około stu laty. Była wówczas tak podzielona na wiele większych i mniejszych części, jak dziś Europa. Rozdrobnienie to było znośne tak długo, jak długo rozwój techniki, przede wszystkim środków transportu, uniemożliwiał przemieszczanie się z jednego małego kraju do drugiego w krótkim czasie. Wynalezienie maszyny parowej uniemożliwiło utrzymanie dotychczasowego stanu. Tak, jak wówczas potrzeba było około dwudziestu czterech godzin, aby przemieścić się z jednego małego kraju do drugiego, dziś, po wybudowaniu kolei, wystarczą już tylko, powiedzmy, trzy czy cztery godziny. Podobnie, przed wynalezieniem maszyny parowej należało podróżować około dwudziestu czterech godzin, aby natknąć się na kolejną komorę celną. Następnie wystarczyło najpierw pięć, potem trzy, potem dwie, w końcu pół godziny; stan taki stał się bezsensownym nawet dla fanatyków federalizmu. Również wówczas występowały w Rzeszy siły usiłujące przezwyciężyć ten stan na drodze negocjacji. Siły te zostały obalone poprzez historyczny rozwój, i to sposobem, jaki można stwierdzić częściej. Historia bowiem rządzi się twardszymi prawami, niż te, którym usiłuje się hołdować przy stole rokowań. Być może znacie słowa Bismarcka z tamtych lat, że niemiecka jedność nie zostanie osiągnięta dzięki mowom i uchwałom, ale musi być wreszcie wykuta krwią i żelazem. Słowa te wywołały wówczas wiele kontrowersji, później jednak zyskały historyczne potwierdzenie.

Rzeczywiście, jedność Rzeszy wykuto na polach bitew. Przezwyciężono w ten sposób cały szereg osobliwości, uprzedzeń, ograniczeń i parafialno-politycznych wyobrażeń pojedynczych krajów. Musiały one zostać przezwyciężone, inaczej Rzesza nie byłaby w stanie osiągnąć jedności potrzebnej, by przystąpić do konkurencji z mocarstwami Europy. To, że w ogóle zdołaliśmy dokonać państwowo-politycznego zjednoczenia zawdzięczamy przezwyciężeniu tych barier. Oczywiście wówczas Bawarczyk, Sas, Wirtemberczyk, Badeńczyk czy Schaumburgo-Lippczyk czuł się może nieco wykorzystany, aż w końcu pod wpływem dynamiki tego nowego państwa uprzedzenia stopniowo zeszlifowały się, a spojrzenia ludzi zwróciły ku wielkim celom właśnie postawionym przed Rzeszą.

Oczywiście, Bawarczyk nie przestał być Bawarczykiem, Sas Sasem, a Prusak Prusakiem. Jednakże poprzez te ograniczenia pochodzenia dostrzegli wspólnotę, a z biegiem dziesięcioleci zrozumieli, że dzięki urzeczywistnieniu tej wspólnoty mógł zostać rozwiązany cały szereg problemów natury gospodarczej, finansowej, zewnątrzpolitycznej i militarnej.

Wielkość Rzeszy to skutek tego procesu – procesu, który nam wydaje się niemal oczywistym, podczas gdy współcześni nie zawsze mogli i chcieli go zrozumieć. Byli tak zatrzaśnięci w swoim czasie i uprzedzeniach, że nie mieli siły spojrzeć w przyszłość, aby wyobrazić sobie państwo, które w końcu nadejdzie i które przewidywali i przygotowywali tylko ówcześni wizjonerzy.

Dziś kolej nie jest już nowoczesnym środkiem transportu, została w międzyczasie zastąpiona przez samolot. Przestrzeń, którą pokonywaliśmy koleją w dwanaście godzin, pokonujemy dziś samolotem w godzinę lub półtorej. Technika zbliżyła do siebie nie tylko ludy, ale i narody bardziej niż wcześniej można było sobie wyobrazić. Podczas gdy dawniej potrzebne były dwadzieścia cztery godziny, aby poprzez berlińską prasę przemówić do Pragi, dziś nie potrzebuję do tego nawet sekundy. Przystępując do tego mikrofonu, można być słyszanym w tej samej chwili w Pradze, na Słowacji, w Warszawie, w Brukseli i Hadze. Podczas gdy wcześniej potrzebowałem dwunastu godzin aby dojechać koleją do Pragi, dziś dolecę tam samolotem w godzinę. Oznacza to, że po kolejnym stuleciu technika przysunęła narody jeszcze bliżej do siebie. Z pewnością nie jest przypadkiem, że te techniczne środki powstały właśnie teraz. Nastąpił przecież przyrost ludności w Europie, a mnogość ludzi postawiła europejskie społeczeństwo przed zupełnie nowymi problemami – problemami polityki żywnościowej, gospodarczej, finansowej oraz natury militarnej. Dzięki tym zdobyczom techniki oczywiście również kontynenty znalazły się bliżej siebie. Wśród europejskich narodów coraz bardziej rośnie świadomość, że wiele spraw, jakie musieliśmy między sobą załatwić było tylko sprzeczkami w rodzinie w porównaniu z problemami, jakie muszą dziś rozwiązać kontynenty.

Jestem o tym mocno przekonany: właśnie tak, jak my dziś z pobłażliwym uśmiechem spoglądamy na prowincjonalne spory niemieckich ludów z czterdziestych i pięćdziesiątych lat poprzedniego stulecia, za pięćdziesiąt lat następne pokolenia będą z pewną uciechą patrzeć na spory aktualnie rozgrywające się w europejskiej polityce. W „dramatycznych konfliktach międzynarodowych” kilku małych, europejskich państw, będą widzieć już tylko sprzeczki w rodzinie. Jestem przekonany, że za pięćdziesiąt lat nie będzie się już myśleć tylko kategoriami krajów – wiele z dzisiejszych problemów będzie wówczas zupełnie wyblakłych i niewiele z nich pozostanie, będzie się również myśleć kategoriami kontynentów, i zupełnie inne, zapewne dużo większe problemy będą wypełniać i poruszać myśl europejską.

W żadnym wypadku nie możecie myśleć, że my, kiedy przeprowadzamy pewien proces porządkowania w Europie, robimy to po to, aby odciąć życie pojedynczym narodom. Moim zdaniem pojęcie wolności narodu musi być dostosowane do warunków, przed którymi dziś stoimy, i problemów, po prostu, celowości. Tak, jak w rodzinie jej pojedynczy członek nie może mieć możliwości trwale zakłócać jej wewnętrzny pokój, tak pojedynczy naród nie może mieć możliwości trwale przeciwstawiać się ogólnemu procesowi porządkowania.

Nigdy nie mieliśmy zamiaru przeprowadzać tego procesu porządkowania, czy też reorganizacji Europy, przemocą. Jeśli jako ludzie myślący wielkoniemiecko nie mamy żadnego interesu w naruszaniu gospodarczego, kulturowego czy społecznego charakteru bawarskiego czy saskiego ludu, to tym bardziej nie leży w naszym interesie naruszanie charakteru gospodarczego, kulturowego czy społecznego, ludu, powiedzmy, czeskiego. Jednakże musi zostać stworzona między oboma narodami jasna podstawa porozumienia. Musimy się spotkać albo jako przyjaciele, albo jako wrogowie. I wierzę, że znacie nas już na tyle z naszej przeszłości, aby wiedzieć, że Niemcy mogą być strasznymi wrogami, ale też bardzo dobrymi przyjaciółmi. Możemy wyciągnąć rękę do przyjaciela i naprawdę lojalnie z nim współpracować, możemy jednak też zwalczać wroga aż do zniszczenia.

Narody, które dołączyły lub jeszcze dołączą do tego procesu porządkowania stoją teraz przed pytaniem, czy będą współpracować w procesie włączania z chętnym sercem, że tak powiem: z lojalności, czy też chcą się mu wewnętrznie sprzeciwiać. W kwestii faktów nie zmienią niczego. Możecie być przekonani, że państwa Osi, gdy Anglia zostanie powalona na ziemię, nie zmienią faktycznego stanu nowej organizacji Europy według wielkich politycznych, gospodarczych i społecznych wizji. Jeśli Anglia nie może nic tu zmienić, nie poradzi tu i czeski naród. Jeśli nauczyliście się czegoś z historii ostatniego czasu, wiecie że w dzisiejszym, mocarstwowym porządku nic zmienione być nie może i nie będzie.

Dlatego też, moi panowie – a mówię teraz całkiem realnopolitycznie, bez żadnego odwołania do sentymentów – czy ten stan aprobujecie czy nie, to obojętne, czy go witacie serdecznie czy nie, to nieistotne, w samym stanie nie możecie zmienić nic. Tylko jestem zdania, że kiedy nie można zmienić sytuacji i na pewno trzeba przyjąć jej istniejące wady, było by głupio nie zadbać o jej zalety. Skoro i tak staliście się częścią Rzeszy, nie widzę powodów dla których czeski naród miałby przyjmować postawę wewnętrznej opozycji, a nie raczej skorzystać z plusów Rzeszy.

Z pewnością musicie zrobić cały szereg politycznych ustępstw. Wiem, że to nie może być dla was przyjemne, nikt nie może tego zrozumieć lepiej ode mnie. Wiem, że musicie zrzec się pewnych rzeczy, które w przeszłości ukochaliście i ceniliście, i wiem, że do tak nowego stanu nie da się dostosować z dnia na dzień, że tak powiem, przez noc. Istnieją pewne tarcia, które na miejscu wydają się twardsze i ostrzejsze niż z perspektywy Rzeszy. Ale znowu: jeśli wliczone są pewne wady, z którymi musicie się liczyć, jestem zdania że powinniście także skorzystać z zalet. Chcę to wyjaśnić na przykładzie: w 1933 roku stanęliśmy przed problemem rozwiązania kwestii żydowskiej. O tym, że byliśmy przeciwnikami żydów mówiło się już przed 1933 na całym świecie. Wady antysemityzmu w światowej propagandzie odczuwaliśmy tak czy inaczej, więc mogliśmy spokojnie zapewnić sobie zalety i powyrzucać żydów. Kiedy jako przeciwnicy żydów byliśmy na świecie zwalczani i oczerniani tak czy inaczej – dlaczego mieliśmy znosić tylko wady, a nie również zalety, mianowicie wykluczenie żydów z teatru, filmu, życia publicznego i administracji? Kiedy byliśmy dalej atakowani jako przeciwni żydom, mogliśmy przynajmniej z czystym sumieniem powiedzieć: opłaca się, mamy przecież coś z tego.

Wy, moi panowie, rzuciliście okiem na Rzeszę, a ja przywiązywałem wielką wagę do tego, byście odbyli tę podróż zanim się z wami spotkam. Zobaczyliście Rzeszę podczas wojny i na tej podstawie moglibyście sobie wyobrazić, co będzie ona znaczyła podczas pokoju, gdy nasza wielka, narodowo silna Rzesza obok Włoch obejmie praktyczne przewodnictwo nad Europą. Nie można się od tego wykręcić. Nie ma co do tego dwóch zdań. Oznacza to więc dla was, że jesteście już teraz ogniwem wielkiej Rzeszy, która gotuje się, by tylko dać Europie nowy porządek. Ona chce zburzyć bariery, które jeszcze dzielą europejskie narody i zniwelować im drogę do siebie nawzajem. Chce zakończyć stan, który na dłuższą metę w oczywisty sposób nie może zadowolić ludzkości. Przeprowadzamy więc reformatorskie dzieło, co do którego jestem przekonany, że kiedyś zostanie zapisane wielkimi literami w historii Europy. Czy możecie sobie wyobrazić, co Rzesza będzie znaczyć po wojnie?

Wiecie, że gorliwie staramy się obok politycznego wzrostu Rzeszy dokonać także kulturowego i gospodarczego. Wiecie, że chcemy by naród sam uczestniczył w tych działaniach i ich efektach. Podam przykład: podczas gdy dotychczas niemiecki film dostarczaliśmy naszym 86 milionom Niemców, w przyszłości stoi przed nami niepomiernie rozległy obszar docelowy do dyspozycji. To od was zależy, czy weźmiecie w tym udział, czy też przyjmiecie postawę cichej bierności w stosunku do Rzeszy. Zaufajcie nam, że w drugim wypadku będziemy mieli wystarczająco środków i możliwości by, na przykład, pognębić czeski film. Wcale jednak tego nie chcemy. Przeciwnie, chcemy dopuścić go do udziału na naszym wielkim obszarze zbytu. Jeszcze mniej chcemy tłumić wasze życie kulturalne. Przeciwnie, chcemy umożliwić wam bogatszą wymianę. Naturalnie, można to osiągnąć wyłącznie na gruncie lojalności. Musicie zatem wewnętrznie przychylić się do dzisiejszego stanu, nie zostawiając sobie furtek myśląc przy tym: „Wyślizgam się z tego, jak coś pójdzie nie tak”.

Weźcie przykład z historii ruchu narodowosocjalistycznego jako porównanie: wielu członków naszej partii nosi szczególną odznakę ze złotym wieńcem wokół; w ten sposób świadczą: „Stałem przy narodowym socjalizmie, kiedy jeszcze nic nie można było na tym zyskać. Walczyłem dla tego ruchu, kiedy jeszcze nie był u władzy”. W pełni związali się z ruchem już wtedy, kiedy jego zwycięstwo wcale nie było oczywiste. Przyznawać się do oczywistej sprawy nie jest żadną sztuką. Jeśli więc chcecie pokazać swoją lojalność dopiero po wywalczeniu ostatecznego zwycięstwa – panowie, wówczas tylu będzie nas zapewniać o swojej lojalności, że nie będzie nas to już szczególnie interesować.

Jestem zdania, że musicie się zmierzyć z tym problemem. Ja również to zrobiłem. Na przykład w ostatnim czasie przeczytałem cały szereg czeskich książek, obejrzałem cały szereg czeskich filmów, przyjąłem cały szereg raportów dotyczących czeskiej pracy kulturalnej, i ubolewam, że w dużej mierze nie mogę zapoznać niemieckiego narodu z tymi owocami waszego życia kulturalnego. Jednak najpierw musi nastąpić oczyszczenie. Życzyłbym sobie pokazać szereg czeskich filmów niemieckiemu narodowi. Chcecie się zadowolić czeskim narodem jako docelowym obszarem odbioru waszych filmów, czy chcecie raczej widzieć je rozpowszechnianymi w całej Rzeszy? Czy nie napełnia was dumą to, że kiedy przyjeżdżacie do Hamburga, możecie sobie powiedzieć: „To również mój port!”? A kiedy widzicie niemiecką flotę: „Oto flota, która chroni również nasze życie!”, a kiedy śledzicie bohaterskie czyny naszego Wehrmachtu: „Oto siły zbrojne, które chronią również nasz naród, które również nas otoczyły żelaznymi klamrami swojej ochrony!” Uważałbym to za korzystniejsze i bardziej zadowalające niż mówienie: „Tak, rzeczywiście, musimy iść razem!” kryjąc rezerwę w głębi serca.

Dlatego musicie się zdecydować, i musi także czeski naród. Nie mówcie, że czeski naród chce tak, czy inaczej. Myślę, że na polu przewodzenia narodowi mogę sobie rościć pewne doświadczenia. Naród myśli tak, jak uczy go myśleć jego warstwa inteligencji, ma zawsze takie poglądy, jak jego intelektualne przywództwo. Czy wasze intelektualne przywództwo nie powinno teraz z całą powagą przystąpić do czeskiego narodu i wyjaśnić mu, że powinien się zdecydować? Czy nie powinno mu powiedzieć, że ten czeski naród dokonał może jednak najlepszego wyboru? – Widzieliście Rotterdam, dopiero teraz możecie w pełni osądzić wartość historycznej decyzji waszego prezydenta.

Nikt nie może powiedzieć: „Ale można było tego uniknąć!”. My nie działamy według własnego widzimisię. Nasze działanie nie może być innym niż jest, jesteśmy tylko służącymi historycznego losu. Jesteśmy tylko wykonawcami, realizatorami historycznego nakazu. Nie można mówić: „Gdyby nie narodowi socjaliści, byłby spokój w Europie”. Nie, byliby inni, którzy musieliby działać na naszym miejscu. Gdy czas dojrzał, musiał się wypełnić, tak jak jabłko spada z drzewa, gdy dojrzeje. Nie możemy bronić się przed losem; przytłoczyłby nas.

Innymi słowy: stoicie przed wyborem, by waszemu narodowi wyjaśnić obecny stan faktyczny, z szerszym punktem widzenia niż dotychczasowy przedstawić mu historyczne zadania, przed którymi stoi Europa. Myślę, że jeśli przypomnicie sobie tylko przebieg ostatniego roku wojny, dojdziecie w końcu do wniosku: „Może rzeczywiście my, Czesi, wybraliśmy najlepiej. Tak, jak było wcześniej, nie mogło już być dalej. To byłoby możliwe tylko, gdyby Niemcy były stale wdeptywane w ziemię, co jest jednak nie do pomyślenia.

Macie dziś możliwość przyjąć wszystkie dobrodziejstwa, jakie ma do zaoferowania wielka Rzesza Niemiecka. Macie naszą gwarantowaną ochronę. Nikt was nie atakuje. Mielibyście też możliwość rozpowszechnić w całych Niemczech wasze narodowe osiągnięcia. Mielibyście możliwość wprowadzić waszą muzykę do Rzeszy. Wasze filmy, waszą literaturę, waszą prasę, wasze radio. Wiecie, że niemiecki naród zawsze był otwarty i przystępny. Nie możemy i nie chcemy tego zmieniać. Nie jesteśmy dyktatorami, lecz wykonawcami woli naszego narodu.

Jak powiedziałem, oferujemy wam możliwość współpracy. Zaprosiłem was tu, aby stworzyć podstawę, na której moglibyśmy się porozumieć. Nie wymagamy od was robienia rzeczy przeciwnych honorowi waszego narodu, nie wymagamy od was robienia czegoś, co by was zdeklasowało jako parweniuszy, czy lizusów, czy innych.

W dłuższej perspektywie taki stosunek to żadna przyjemność. Wierzę jednak, że nie wymagamy zbyt wiele w tych dramatycznych godzinach europejskiego konfliktu, który doprowadzi do zupełnie nowych form ludzkiego współżycia, kiedy chcemy się co do tych spraw porozumieć, mieć jasną i prostą sytuację, czy będziemy się teraz ze sobą obchodzić jak wrogowie, czy przyjaciele.

Chcemy wiedzieć, jak widzi nas inteligencja narodu, czy spotykamy się jako wrogowie, czy przyjaciele. Że wiemy, jak zachować się jako wrogowie mogliście zauważyć w ciągu ostatniego roku. Że możemy się zachowywać jak przyjaciele, będziecie mogli zobaczyć, kiedy rozwinie się pozytywna i aktywna lojalność między oboma narodami, niemieckim i czeskim. Wyklarowanie tego uznałem za swoje dzisiejsze zadanie. Wierzę, że na tej podstawie moglibyśmy się porozumieć, i że się porozumiemy. Jestem mocno przekonany, że kiedy położycie ten fundament lojalności, wyświadczycie nam tym samym oczywiście przysługę, która jednak skądinąd będzie wielkim historycznym dziełem na rzecz czeskiego narodu. Nie można kierować się tym, co dziś ludzie powiedzą. Przeciętny człowiek może nie patrzeć daleko. Jest jednak zadaniem inteligencji wznieść się ponad wąski horyzont, mieć ogląd w szerszym kręgu, w wyobraźni przedstawić sobie stan, który kiedyś nastąpi, i przeciwko któremu nie świadczy fakt, że jeszcze go nie ma. Zawsze zadaniem inteligencji narodu jest być pionierami stanu nadchodzącego, a nie ślepymi czcicielami stanu obecnego.

Wzywam was do przemówienia w tym duchu do czeskiego narodu. Gdybyśmy my to zrobili, czeski naród nie uwierzyłby nam, bo nas nie zna, bo nie wie, jacy my, narodowi socjaliści jesteśmy, bo być może podejrzewałby nas o narodowy egoizm, podczas gdy my mamy tylko zamiar stworzenia jasnych stosunków między dwoma narodami, które przecież tak czy inaczej muszą się porozumieć. Wy żyjecie tam, my żyjemy tu. Tylko jakaś gigantyczna katastrofa naturalna, która zniszczyłaby nasz naród, mogłaby przynieść jednostronne rozwiązanie. Ponieważ tego nie można oczekiwać, musimy się jakoś porozumieć. To, czy się lubimy, czy nie, nie wchodzi do dyskusji. To nieistotne. Istotnym jest, że dajemy milionom w Europie wspólną życiową podstawę, a także wspólny życiowy ideał. Na razie ten ideał został naruszony przez Anglię. Anglia chciała trzymać Europę w niepokoju, gdyż widziała w tym najlepsze zabezpieczenie swojej wyspiarskiej egzystencji. To ognisko niepokoju jest właśnie niszczone przez gigantyczne uderzenia naszych sił zbrojnych. Później będziemy mieć możliwość dać Europie pokój, którego pragnie. Jesteście do tego serdecznie zaproszeni.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , | 12 komentarzy

Wiązanie obwodu kaliningradzkiego z Niemcami

Śp. prof. Paweł Wieczorkiewicz w doskonałym wywiadzie dla Frondy z września 2008 (http://www.bibula.com/?p=8068) raczył był stwierdzić:

Piłsudski wymyślił system limitrofów, czyli państw sukcesyjnych po upadku imperium sowieckiego, które byłyby związane z Polską. Siłą rzeczy obawiając się Rosji stanowiłyby takie przedmurze, już nie tylko Zachodu, ale i Polski w stosunku do Rosji. Sytuacja się o tyle zmienia że mamy nieszczęsny obwód kaliningradzki, który nie chce być złym prorokiem, ale w ciągu 10 czy 20 lat wróci do niemieckiej macierzy, a wtedy zobaczymy dopiero, co to znaczy mieć mini-Prusy Wschodnie na karku.

Skupmy się na Obwodzie Kaliningradzkim. Nie da się ukryć, że odbudowa wpływów niemieckich w Prusach Wschodnich byłaby dla Polski katastrofą. Według artykułu pt. „Planowany zwrot Prus Wschodnich?” (http://www.jlosachsen.de/index.php?option=com_content&task=view&id=137&Itemid=62) zamieszczonego na stronie młodzieżówki (!!!) związku „wypędzonych” z Prus Wschodnich, powołującego się na „Der Spiegel” z 21 maja 2010, taki zwrot był proponowany w 1990 a następnie w 1999 (!) roku, co więcej, gen. Batenin miał stwierdzić, że sprawa powróci „prędzej czy później”…

Na razie wydaje się, że kosztowne inwestycje Rosjan (elektrownia jądrowa) świadczą raczej o chęci zachowania i powiększenia wpływów, niż dzielenia się nimi. Również trudno oczekiwać rezygnacji z korzyści, jakie daje położenie królewieckiego regionu pod względem militarnym – chodzi tu zarówno o flotę, jak i wojska lądowe. Prusy dają możliwość wygodnego trzymania Polski w szachu i projektowania siły na basen Morza Bałtyckiego. Można jednak wyobrazić sobie sytuację, w której niemiecka obecność będzie dla Rosji korzystna ze względów gospodarczych i politycznych. Również rozpoczętą w 2006 roku odbudowę historycznego centrum Królewca trudno interpretować inaczej niż jako wyciągnięcie ręki.

Ze strony niemieckiej na niekorzyść prostego zwrotu przemawia przede wszystkim oczywista i w pełni zrozumiała niechęć do przyjęcia kilkuset tysięcy Rosjan. Istnieje jednak rozwiązanie dające gospodarcze i polityczne korzyści i Rosji, i Niemcom. Tym rozwiązaniem jest doskonale wkomponowujące się w bieżące politpoprawne trendy przekształcenie obwodu w skrzyżowanie niemiecko-rosyjskiego protektoratu z euroregionem, który pozostając oficjalnie pod rosyjską władzą chłonąłby niemiecki kapitał, know-how i przy okazji pamięć historyczną, w zamian dając dostęp do rosyjskiego rynku – i wzrost politycznego znaczenia Niemiec w regionie.

Rozwiązanie wiązałoby się z podnoszonym ostatnio przy różnych okazjach problemem zamknięcia eksklawy dla ruchu bezwizowego, będącym konsekwencją strefy Schengen. Niewątpliwie, jednym z możliwych rozwiązań (nikt przecież nie chce bezwizowego ruchu z całą Rosją) znacznie ułatwiających niemiecką ekspansję byłoby nadanie obwodowi specjalnego statusu, umożliwiającego jego mieszkańcom swobodne przekraczanie granicy.

Nie dziwi zatem, że pomysł ten jest aktywnie wspierany przez związek „wypędzonych” z Prus Wschodnich: http://www.ostpreussen.org/Haupt/TKoenigThesen.html – który powala urokiem argumentacji skierowanej do Rosjan: nie jesteście winni (uff!!), musimy współpracować, naszą pracowitością, wiedzą i poczuciem obowiązku poradzimy sobie z waszą nędzą, przywrócimy wam tożsamość, weźmiemy ziemię leżącą odłogiem, zrobimy okno, w którym wschód spotyka się z zachodem etc. etc.

To, co dziwi, to to, że Niemcy znaleźli w obwodzie użytecznych idiotów, którzy aż przebierają nogami, by znaleźć się pod niemieckim butem, tj. „Bałtycką Partię Republikańską”: http://kaliningrad-eu.blogspot.com/ . Partia na razie wydaje się być przystopowana przez Kreml, ale kto wie co w Rosji dzieje się naprawdę, a co jest tylko grą pozorów, sondowaniem nastrojów, czy prowokacją?

Pewne jest jedno: taką bezczelnością nie może się pochwalić nawet Ruch Autonomii Śląska. Możemy jednak wierzyć, że Ruch nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , | 8 komentarzy

Divide et impera w praktyce

Prof. Jacek Bartyzel w artykule pt. „Niebiescy i Zieloni, czyli kto powstrzyma zapateryzm?” trafia w sedno opisując, jak w przełożeniu z metapolityki na niski, codzienny, partyjny poziom wygląda zastosowanie zasady divide et impera, degenerujące i rozsadzające naszą wspólnotę polityczną:

Dziś w Polsce podstawowy wyznacznik polityczności, jakim jest desygnacja „wroga publicznego” (hostis), dokonywa się według kryteriów partyjno-politycznych, a nie państwowo-politycznych, co sprawia, że jako wrogowie publiczni oznaczeni są wrogowie prywatni (inimicis) partyjnych bossów i ich pretorianów, a państwo nie ma jednoczącego go przywódcy i przewodnika, stojącego ponad wszelkimi partykularyzmami i prowadzącego wszystkich ku wspólnemu celowi.

Naturalną konsekwencją rezygnacji z identyfikacji politycznych celów (i wiążącą się z realizacją tych celów koniecznością identyfikacji przeciwników) na poziomie państwowym jest oddanie pola, stworzenie politycznej próżni nad Polską w przestrzeni międzynarodowej, która w ekspresowym tempie zostanie wypełniona przez sąsiednich graczy, gdyż natura, również polityczna, próżni nie znosi.

„Stanie nierządem” jest w rzeczywistości niemożliwe.

http://www.legitymizm.org/niebiescy-zieloni

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 1 komentarz